... zajebistość mimo wszystko. Stop prokrastynacji!
RSS
sobota, 18 lutego 2012

Dzisiaj jechałam sobie rowerem do sklepu, kiedy moim brązowym oczętom ukazała się łuna ognia gdzieś w okolicy sąsiednich ogródków działkowych.

Ruszyłam moim pojazdem w kierunku tegoż miejsca, myślałam, że może ktoś przesadził z ogniskiem, ale okazało się, że pali się jedna z altan działkowych.

W tym momencie stwierdziłam, że już nigdy nie pojadę do sklepu bez komórki! W ogóle nie ruszę się nigdzie bez komórki! Nigdy!

Na szczęście znalazł się ktoś obok, kto miał telefon i zadzwonił po straż. Mam nadzieję, że nikt w tym pożarze nie ucierpiał. W momencie, gdy przyjechałam pod te altankę ta była cała w płomieniach, więc nie sądzę, aby ktoś mógł się jeszcze uratować, czy też ja mogłabym komuś pomóc. Nie wiedziałam też, czy w altance nie ma np butli gazowej czy czegoś podobnego, więc nie chciałam ryzykować. Mimo wszystko martwię się, czy nic nikomu się nie stało. A jeżeli okaże się, że ktoś tam był to może jednak mogłam podejść bliżej i zobaczyć, czy ktoś nie potrzebuje pomocy? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Sytuacja była naprawdę beznadziejna. Na tyle beznadziejna, że to był już "pełnowymiarowy" pożar, taki "filmowy", nie zaś ten z gatunku "coś się jara". Płomienie obejmowały już dach, altanka w części była zbudowana z drewna, więc ogień zajął ją bardzo szybko.

Gdy już wiedziałam, ze ktoś zadzwonił po pomoc i że nie będę się bawić w "rescue team" wróciłam do domu, wzięłam swój telefon na wszelki wypadek (nie wiem po co, ale już wolałam go mieć przy sobie), poinformowałam domowników, że "coś się dzieje" i pojechałam w końcu po zakupy, ale z wrażenia nie wiedziałam co kupić.

Byłam ciekawa, co się dzieje z altanką, ale stwierdziłam, że nie jestem na tyle "tępa", aby iść oglądać "reality show dla mieszkańców zadupia". Ale korciło mnie strasznie... 

Za to lokalni degustatorzy etanolu postanowili zrobić sobie pielgrzymkę do miejsca "te pa, pożar" i całym stadem poszli zasilić grupkę gapiów. Najbardziej chciało mi się śmiać, kiedy ktoś nagle musiał wyjść na spacer z pieskiem. Biedny ten zwierzak, bo pan tak ochoczo chciał się wybrać na spacerek, że koniec końców pupilek nie nadążał i był wręcz ciągnięty po ziemi przez żądnego wrażeń właściciela.

Zresztą wyjście z pieskiem to pikuś, nagła potrzeba wyprowadzenia na spacer samochodu/roweru z punktem nawrotu przy działkach to jest coś.

Kto nigdy nie mieszkał na zadupiu, ten nie zrozumie tego mechanizmu. Bo to nie tyle chodzi o "show", ale o newsy... Newsy o współmieszkańcach są najważniejsze!!!  Newsy z pierwszej ręki! Wymianie newsów z innymi "reporterami" na miejscu zdarzenia to rozmowa ponad wszelkimi podziałami!

No nie powiem, korciło mnie jak diabli, aby wrócić pod altankę - to chyba jakiś pierwotny instynkt, ale naprawdę darowałam sobie.

sobota, 11 lutego 2012

Dziś o prokrastynacji słów kilka.

Zacznę od strony 4 liter, a mianowicie od polecania artykułów dotyczących prokrastynacjii w miesięczniku "Charaktery" :) Naprawdę dobre i przystępnie napisane, dałabym link, ale dostęp do artykułów jest płatny, więc no cóż... Pozostaje mi jedynie powiedzieć, iż ten miesięcznik naprawdę przybliża problem prokrastynacji i pokazuje, że jest to coś bardziej złożonego niż "syndrom leniuszka".

Teraz już mniej oficjalnie :)

 

Prokrastynacja to zabójca marzeń. Jest to przypadłość, która jest bardzo dokuczliwa i która bywa niedoceniana. Nazywanie jej "syndromem leniuszka" jest moim zdaniem ignorancją.

Niepodjęcia działania takiego, jak by się chciało nie daje możliwości rozwoju. Zabiera czas nie dając w zamian żadnych korzyści.

Co najciekawsze dotyka osoby będące prymusami, perfekcjonistami czy pedantami. Nie dotyka w cale osób zagubionych czy powiedzmy słabych, choć oczywiście to niewykluczone.

Prokrastynacja to siedzenie na dupie i nic nie robienie, mimo tego, że się tego nie chce, że się tego nienawidzi, ale mimo wszystko "nie można zacząć". I niekoniecznie wiąże się to z depresją, stanami lękowymi itd.

Z moją prokrastynacją walczę. I chcę ją pokonać, bo sama nie chce przejść. Przez prokrastynacje przejebałam dużo czasu. Za dużo!

O mnie:

* prymuska

* perfekcjonistka

* ambitna

* "silna babka z jajami"

* wiedząca czego chce

* męcząca się z prokrastynacją

Znam siebie. Wiem dokładnie, że nie jestem słabą, zalęknioną, niepewną siebie dziewczynką. Mimo wszystko nie mogę się wziąć w sobie i bardzo trudno podjąć mi działanie. I wiem, jak to męczy. Wiem, że mimo wszystko chcę, a nie mogę. I to nie jest marazm, obniżenie nastroju.

Czasami jestem pełna energii, jestem wściekła - tak chcę działać, a nie potrafię.

Myślę, że wtedy, gdy z różnych nieprokrastynacyjnych czynników nie udało mi się to, co zaplanowałam i skończyła się dla mnie era "sukcesów, które przychodziły stosunkowo łatwo" zaczęła się u mnie prokrastynacja.

I tak, kiedy nie mam pewności, że coś zrobię na 120% nie umiem podjąć działania. Kiedy w mojej głowie działanie może zostać wykonane nie tak dobrze, jakbym sobie tego życzyła - odpuszczam :) Cholera, mam wrażenie, że kto nie przeżył prokrastynacji, nie jest jej do końca świadom.

Bardziej zainteresowanych odsyłam do "Charakterów", naprawdę warto poszukać na stronie miesięcznika numerów z artykułami o prokrastynacji i może udać się do jakiejś biblioteki, gdzie zbierają ową gazetę?

Teraz coś na "deser":

 

Pozdrawiam :)

 

PS prokrastynacja to pisanie notek o prokrastynacji :)

 

 

23:47, kurakrystyna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lutego 2012

Chciałabym dojść do takiego momentu w życiu, kiedy mając jakieś pragnienie nie bałabym się, że inne wiąże się z poświęceniem tego pierwszego.

Chciałabym osiągnąć taki rodzaj spełnienia, który nie woła o wypełnienie go tym, co się zostawiło, tym czego się nie wybrało.

Podobno w życiu nie można mieć wszystkiego, ale jakoś nie jest mi bliskie to stwierdzenie. Czy to pycha, a może chciwość?

Dlaczego teraz sądzę, że realizacja niektórych marzeń wyklucza realizacje drugich? Czy to specyfika moich marzeń jest taka czy przemawia przeze mnie lęk przed byciem nieszczęśliwą?

Ja nie mam tendencji do poświęceń czy to znaczy, że jestem egoistką?

To czego teraz potrzebuję to naładowania siebie spokojem o przyszłość, takim prawdziwym nieudawanym.

Czasem myślę, że wiara w Boga zapewnia stan jak wyżej. Wierzę w Boga, ale widać za mało próbuję z nim obcować. I nie chodzi o zapieprzanie do kościoła 2x dziennie 7 dni w tygodniu, ale chociaż o modlitwę?

Sądzę, że przyjemnie jest wierzyć, że gdzieś jest Nadrzędna Istota, której zależy na moim szczęściu i dobrym samopoczuciu. Ale moja wiara to temat rzeka. Co najmniej Wołga.

Póki co muszę walczyć z prokrastynacją!!!! Moim zdaniem to pojęcie powinno być zapisane w Biblii, albo chociaż w Konstytucji. Przypadłość trudna i wkurzająca...

poniedziałek, 06 lutego 2012

Kurwica mnie bierze.

Patrzę na wiadomości na WP szukając newsów w "sprawie Madzi".

 

Natrafiam na to.

 

Nie chcę mi się wyciągać zdjęcia, o które mi chodzi. (ACTA czuwa :)

 

Na foci przy tym artykule widać bardzo ładne stwierdzenie o treści "Mama Magdy to potwór", dodatkowo data i podpis "Ojciec 6 dzieci".

Bardzo łatwo jest osądzać, bardzo łatwo jest wytykać palcami, szczególnie wtedy, gdy przesłanki o byciu potworem są dla kogoś oczywiste. Tylko do cholery nikt nie jest idealny i nikt nie jest święty.

Naprawdę sądzę, że granica, która oddziela ludzi od popełnienia czynu, przez który staną się "potworem" jest bardzo cienka i każdy z nas może ją przekroczyć nie wiedząc nawet kiedy. Ludzie robią złe rzeczy, straszne, potworne czasem w wielkim zaskoczeniu dla siebie samych.

Większość z nas nie przekracza tej cienkiej granicy, ale czy to, że dotychczas tego nie zrobiliśmy czyni nas uodpornionymi na przyszłość?

Otaczamy się dobrymi wartościami, które chronią nas przed dotarciem do granicy i jej przekroczeniem. Czasem jednak lęki, zło innych, tłumione emocje podstępem znajdą lukę w tej strefie ochronnej. Być może uda nam się powstrzymać "atak", ale też możemy nie umieć obronić się przed katastrofą.

Jestem bardzo ciekawa wyroku sądu w sprawie mamy Magdy. Czy ulegnie nagonkom społeczeństwa dając wyższy wyrok niż w innych niemedialnych okolicznościach czy też będzie działać na przekór opinii publicznej? Niski wyrok oznacza ataki różnych środowisk, więc może wysokim wyrokiem zapewni sobie święty spokój?

 

Misie...

Rozumiem potrzebę zapalenia znicza w miejscu znalezienia Magdy. Znicz, chociaż to w gruncie rzeczy zbędny przedmiot, to niesie ze sobą pamięć, modlitwę. To taki uniwersalny znak "łączenia się ze zmarłym", w jakimkolwiek celu.

Ale te misie? Cholera też rozumiem, dlaczego ludzie je tam przynoszą. Zmarło dziecko, więc "niech ma w niebie zabawki".

Tylko nic nie poradzę na to, że moją pierwszą myślą, gdy zobaczyłam te misie obok tych zniczy było "Czy bardziej nie przydadzą się one żywym dzieciom?".

Pewnie mam skrzywiony osąd przez mieszkanie przy cmentarzu.

Dla mnie pierwszolistopadowy festiwal nawiedzania grobów to jedna wielka komercja. Ile dobra można by uczynić dla żywych, gdy zamiast tylu zniczy i kwiatów kupić np leki dla osób, które mają ciężką sytuację finansową?

Sądzę, że dla zmarłych najważniejsza jest pamięć, modlitwa, nie zaś tony śmieci na nagrobkach.

Dlatego ja zamiast kupować "dowody pamięci" wolę pamiętać, zrobić coś dla żywych, co podobałoby się zmarłemu czy też pomodlić się.

Dlatego też pomodlę się za Magdę, jej rodzinę i może przy jakiejś okazji, jeśli będę o tym pamiętać pomogę jakiemuś dziecku w jej imieniu.

Dla kogoś to może być głupie i infantylne, w szczególności dla kogoś, kto nie wierzy w życie pozagrobowe. Ja uważam, że Magda jest w niebie, że ma już inny rodzaj świadomości i doskonale rozumie co się teraz dzieje i że będzie jej miło, kiedy zrobię coś dobrego pamiętając przy tym o niej.

I to nie jest tak, że uważam tych wszystkich ludzi, którzy przynoszą znicze i misie w "to" miejsce za nieoświeconych kretynów. Według mnie to świadczy o ich wrażliwości. I czasami łączy się ona ze złością, którą ktoś wyładował tworząc to stwierdzenie, o którym pisałam wyżej.  Niemniej jednak mi bliższa jest inna postawa ;)

sobota, 04 lutego 2012

Zastanawialiście się kiedyś, co jest w życiu tak naprawdę ekscytujące? Co nadaje mu bieg?

Otóż nie sukces, nie zwycięstwa, ale porażki. Szeroko rozumiane porażki. 

Porażki uwydatniają nam pewien brak, którego zniwelowanie jest naszym kolejnym celem. Kolejny brak, kolejny cel, kolejne działanie, kolejne szczęście.

Oczywiście przedawkowanie porażek może skutecznie prowadzić do sytuacji, w której będzie to kolejny brak, kolejny brak, kolejny brak i kolejny bezsens.

Porażki uwydatniają o wiele więcej rzeczy niż zwycięstwa. Zwycięstwa są bardzo proste. Sukces to sukces, wygrana to wygrana, szczęście to szczęście, w gruncie rzeczy to ten sam smak. Porażki cechują się o wiele większą głębią.

Prawidłowe podejście do swoich porażek daje nam niezwykłą możliwość dowiedzenia się czegoś o sobie samym, wyciągnięcia z tego wniosków i dalszego, lepszego kształtowania siebie.

Porażki uczą skutecznie. Porażki to brutalna prawda o nas samych i naszym życiu.

Porażka nie musi być negatywna, paradoksalnie jest o wiele bardziej pozytywna niż udane działanie.

Przez porażkę mam na myśli sytuacje, kiedy coś się nam nie udało, kiedy coś nie poszło po naszej myśli, kiedy okazało się, że nie jesteśmy w stanie czemuś sprostać, że nasze starania nie były wystarczająco dobre. Przez porażkę mam tez na myśli brak czegoś. Brak czegoś w życiu jest równoległy z posiadaniem tego, co tylko owy brak może wywołać. Brak czegoś to jednoczesne istnienie czegoś innego, co może być unikatowe i cenne.

Wszystko zależy od naszego podejścia, od tego, co jest naszym głównym celem w życiu. Nie można się zapatrywać bez końca w swoją porażkę, dać się jej oślepić, ale spróbować wyciągnąć z niej i z jej otoczki to co wartościowe i iść do przodu.

Iść do przodu, czyli dążyć do takiego stanu w swoim życiu, kiedy wszystko będzie zajebiste :) Nawet to jak coś permanentnie spierdolisz. No wyłączając sytuację, kiedy kogoś krzywdzisz, kiedy jesteś za kogoś odpowiedzialny. Tu trzymamy się porażek "swojoosobowych" :)

 

KuraKrystyna

 

PS ja dzisiaj zabiłam mój komputer. Próbowałam mojego "pacjenta" ustawić w stan lepszego rokowania, ale tak dobrze mi to poszło, że w tej całej swojej euforii poszedł do nieba.

piątek, 03 lutego 2012

 

Już nie mogę. Mam dość tego, że na necie wszyscy na matkę Madzi delikatnie mówiąc jadą. Otóż nic nie jest czarno-białe i zaślepienie internautów, niechęć do patrzenia w innym kierunku niż ten obrany przez większość strasznie mnie irytują.

Oto kilka mych "tez":

  • dopóki nie znajdzie się dziecko lub jego ciało nic nie można powiedzieć na pewno; 

 

  • matka dziecka mogła pod wpływem tylu czynników, tylu emocji lekko "ześwirować" i już sama nie wie co jest prawdziwe, a co nie. Kobieta straciła dziecko, nieważne w jakich okolicznościach, ale straciła dziecko - to wystarczy, aby stracić "orientacje";

 

  • zakładając, że to dziecko rzeczywiście wypadło z kocyka, matka jak najbardziej mogła spanikować, poczuć wyrzuty sumienia tak wielkie, że chciała oddalić od siebie wszystko;

 

  • matka dziecka mogła mieć depresje poporodową;

 

  • nie wiadomo jakie były relacje w rodzinie Magdy, pomiędzy jej rodzicami, czy wszystko było dobrze, czy może były jakieś problemy emocjonalne - nawet małe rzeczy, jeśli się nawarstwiają potrafią nieźle dać w kość;

 

  • dziecko mogło nie być planowane, życie matki dziecka mogło się wywrócić do góry nogami, chociaż być może samej trudno było się do tego przyznać. Na to mogła nałożyć się wspomniana depresja poporodowa, jakieś problemy w domu czy cokolwiek, a emocje zwłaszcza te tłumione mogą nieźle zamieszać w psychice. Spójrzmy prawdzie w oczy, czy każde dziecko jest chciane? Czy społeczny nakaz, aby być rodzicem idealnym, kochającym swoje dziecko, poświęcającym się dla niego nie jest przytłaczający? Proszę mnie źle nie zrozumieć, to tylko kilka słów na temat tego problemu, ale presja w naszym społeczeństwie, jeśli chodzi o rodzicielstwo jest bardzo duża. Współobywatele bardzo skutecznie wytykają błędy w tej dziedzinie, w szczególności matkom.

 

  • matka Magdy mogła tak bardzo chcieć zakończenia sprawy, że wmówiła sobie jako prawdziwe nawet to, że mogła gdzieś zakopać zwłoki swojej córki. Chciała, aby koszmar się skończył i jej psychika mogła sama projektować "zakończenie";

 

  • RUTKOWSKI!!! (kropka niżej)
  • moim zdaniem jego wpierdolenie się w sprawę to jeden wielki lansik i autoreklama, która mnie brzydzi. Pokazywanie na konferencji prasowej nagrań kobiety, która przeżywa taki dramat niby komu miało służyć? Przecież gdzieś jest granica, która wyznacza, że pewne sprawy są naprawdę zbyt prywatne, aby było mięsem dla mediów, nawet w dobrej wierze.

Naprawdę bardzo współczuję rodzicom Magdy, dziadkom, wszystkim jej bliskim, którzy się o nią martwią. Dla mnie nieważne, co się stało z Magdą, nawet gdyby okazało się, że została zamordowana przez własną matkę i tak bym jej współczuła i nie potrafiła ocenić jej negatywnie, ani patrzeć na to z obrzydzeniem, pogardą czy potępieniem. 

Wychodzę, z założenia, że w naszym życiu, w naszym człowieczeństwie są rzeczy, które są tak skomplikowane, tak złożone, tak trudne, że z góry przyjęcie wobec nich postawy potępiającej jest kompletną ignorancją. Skomplikowane sprawy składają się z wielu mniejszych i większych sprawek i każda z nich jest osobną kwestią, którą ocenić jest trudno w towarzystwie wielu innych nurtów jej towarzyszących.

Sądzę, że mimo wszystko w nawet najgorszej zbrodni nic nie jest jednoznaczne. To nie tak, że nie ma zła na świecie, a każdą winę można usprawiedliwić złożonością naszego życia, ale sęk w tym, że granica pomiędzy tragedią, a normalnym spokojnym życiem jest bardzo cienka. O wiele cieńsza niż się nam wydaje.

 

PS: To co wyżej napisałam, nie jest żadną prowokacją, mądrzeniem się czy głoszeniem jednej i jedynej słusznej prawdy. Niezależnie od tego jak brzmi to co napisałam, nie miałam zamiaru nikogo oskarżać ani opowiadać się za jakąkolwiek stroną. Może z wyjątkiem detektywa Rutkowskiego. A może chciał dobrze? Może to nie lansik i chciał naprawdę pomóc? Może media jadą teraz na niego? Nie wiem. W każdym razie nie podoba mi się to co widzę (jego działania w tej sprawie). Zwrócę honor, jeśli na końcu tej sprawy Pan Detektyw okaże się jedynym sprawiedliwym. Niestety nic nie mogę poradzić na to, że obecnie nie widzę w jego zachowaniu niczego "rycerskiego".

 

23:34, kurakrystyna
Link Dodaj komentarz »

demo

 

Nie będę oryginalna, jeśli powiem, że też coś mi śmierdziało w tej sprawie.

Mimo wszystko nie chcę oceniać tej kobiety negatywnie. Nie mogę sobie wyobrazić pod wpływem jakich emocji działała i co czuła.

Sądzę, że należy jej współczuć. Albo chociaż nie oceniać. Cholerne przykre...

 

http://wyborcza.pl/1,75248,11081302,Poszukiwana_Magda_nie_zyje__Matka__To_byl_wypadek.html

Więcej info.

01:45, kurakrystyna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 lutego 2012

Ostatnio, czyli mniej więcej kilka dni temu przemierzałam bezdroża mojego Pierdziszewa w celu dotarcia do sklepu.  Właściwie tymi bezdrożami był chodnik, a ja kroczyłam na nim pieszo.  Co jest dziwne, bo mimo małej odległości od mego domostwa do owego sklepu zawsze jadę tam rowerem (też po chodniku zresztą).

Po drodze natknęłam się na moją krewną. Krewna dalsza, wyjaśnienie pokrewieństwa długie i nieistotne. Dialog wyglądał następująco:

K: (banan na pyszczku, podaje rękę) - Cześć. Jest tata?

J: - No jest, a co chciałaś?

K: - No bo on się utopił.

J: - A nie nie, to w zeszłym roku, teraz już żyje.

K: - Aha (cała happy i zadowolona z wyjaśnienia idzie dalej)

 

Już wyjaśniam o co chodzi...

Krewna choruje na schizofrenie. Bierze leki, jako tako egzystuje (czytaj większych napadów psychozy nie ma).

Jedyne jej "schizy" to te o tym tonięciu. W zależności od tego kogo spotka ten się topi (mojemu tacie mówi, że ja się topie; dziadkowi, że moja mama itd)

Pierwszy raz był dla nas zaskoczeniem. Informowaliśmy jej syna, ale stwierdził, że "to normalne". Syn dba o jej leczenie, pilnuje, aby brała leki, więc jeżeli mówi, że "to normalne" to widocznie krewna "tak już ma". Po którymś tam "tonięciu" się przyzwyczailiśmy. Wydaje mi się, że obecność cmentarza i jeziora przy miejscu zamieszkania krewnej sprawia, że "łączy ona fakty".

Mnie "tonięcie" spotkało po raz pierwszy. Nie ukrywam zaskoczona byłam, myślałam, że pyta o ojca, bo zwyczajnie coś od niego chce, a tu "zonk". Odpowiedź sama przyszła, nie chciałam z niej kpić, a mówienie "nie, to Ci się tylko wydaje, bo jesteś chora" przypominałoby mówienie do ściany, że nie jest płotem. A tak krewna jak gdyby nigdy nic przyjmując moje wytłumaczenie za najbardziej logiczne na świecie poszła sobie dalej i jeszcze powiększając swojego banana na twarzy. Nie wiem czy moje działanie z punktu widzenia psychiatrii było poprawne, szczerze w to wątpię, ale co innego leczyć kogoś chorego psychicznie, a co innego z nim żyć. W szczególności w małym miasteczku, gdzie podejście jak sama nazwa wskazuje jest małomiasteczkowe i ludzie wytykali moją krewną palcami, co miłe nie było, ani tym bardziej pomocne.

Dla mnie zawsze krewna była chora. Nawet jak byłam małym dzieckiem, to w domu tłumaczono mi, że jest ona chora psychicznie dlatego tak się zachowuje (a potrafiła narobić niezłego bigosu). Dziecko inaczej patrzy na świat niż dorośli. Dla mnie jako małego dziecka kluczowe było słowo "chora" i to wystarczyło. Rozumiałam, że jest w pewien sposób biedna, że nie odpowiada za swoje zachowanie, wiedziałam, że powinnam zachować ostrożność w kontaktach z nią (ale bez paniki, uciekania itd). Rozumiałam też, że jej choroba, chociaż może być kontrolowana jest nieuleczalna. To wszystko zostało mi wpojone jako dziecku. Z perspektywy czasu myślę, że dorastanie w rodzinie, gdzie ktoś ma taki problem było dobrym i cennym doświadczeniem. Również dlatego, że schizofrenia wcale nie jest taka rzadka i dotyka naprawdę wiele osób.

Moją krewną bardzo lubię, wiem, że jest dobrym człowiekiem i mimo tego, że wielu rzeczy nie rozumie to i tak dla mnie jest spoko :) Widzę w niej człowieka, który kiedyś mógł się rozwijać, dążyć do jakiś pragnień, celów, ale choroba zamknęła go w klatce i wprowadziła w stan życia utajonego.

Choroba psychiczna to specyficzna choroba. Czasami myślę, że o wiele gorsza od tej fizycznej. Zabiera człowieka, a każe mu nadal żyć. Wiadomo jest wiele różnych sytuacji, ale mimo wszystko choroba psychiczna jest czymś "szczególnym".  Nie mówię, że choroba psychiczna jest "lepsza" od tej fizycznej, tylko inna. Powiedziałabym "kurewsko inna", ale w tym byłoby za dużo zabarwienia emocjonalnego. Moja krewna jest na tyle dalszą krewną, że powiedzmy powiedziałabym "cholernie inna".  Podejrzewam jednak, że osoby, którym choruje rodzic lub np małżonek wybrałyby pierwszą opcję.

niedziela, 29 stycznia 2012

Męczy mnie już ten temat. Nie chcę określać czy protesty są słuszne czy nie, ale jeżeli przepis budzi tyle wątpliwości i tak burzy spokój ducha to nawet nie mam siły zastanawiać się co tak właściwie on dla mnie znaczy. Jasne, że wiem mniej więcej o co chodzi, ale telewizyjnym ekspertem do spraw ACTY nie mogłabym być :) Wiem tyle, na ile pozwala mi mój brak ignorancji. Nie chcę mówi "TAK dla ACTY" lub "NIE dla ACTY", chcę mówić "Pragnę spokoju".

Podsumowując: idę spać, kończę radość z założenia bloga, a raczej obchody jego założenia.

Od jutra zaczynam walkę z prokrastynacją. W nagrodę przysłuży mi prawo do napisania tutaj notki.

Mam nadzieję, że to nieprawda, że jutro nigdy nie nadchodzi.

Pozdrawiam,

KuraKrystyna

23:55, kurakrystyna
Link Dodaj komentarz »

Gdzie jest ośrodek decyzyjny odpowiedzialny za realizację marzeń? Nie w mózgu, znacznie niżej...

Ruszyć dupę znaczy COŚ ZROBIĆ. Coś w określonym kierunku. Coś, co da człowiekowi bliżej nie określone szczęście lub raczej przybliży do niego. A przynajmniej tak nam się wydaje.

Ja nie mogę ruszyć dupy. Winna jest temu prokrastynacja. Nie chcę teraz pisać o tym co to jest, dlaczego to mam, bo to smutna historia (xD - mordka wyrażająca wszystko i nic), a inna sprawa, że mi się po prostu nie chce. Żeby mi się chciało tak jak mi się nie chce to poważny, jak nie jedyny problem ludzkości.

Mój problem polega na tym, abstrahując od definicji prokrastynacji, że nie mogę podjąć działania. Spowodowane jest to tym, że muszę wszystko robić na 120% i gdy nie mam pewności, że tak będzie unikam działania jak ognia. Typowe dla prymusów szkolnych, czyli dość ciekawa ironia sama w sobie. 

Pustkę wynikającą z braku podjęcia ważnego działania łatam sobie dużą ilością działań w chuj niepotrzebnych.

I tak sprzątam szafkę, która 2 lata nie widziała przedstawiciela homosapiens. 

Myję naczynia.

Robię grę z drewna.

Oglądam zaległe filmy.

Przeglądam demoty.

Przeglądam kwejka.

Robię obiad.

Kąpię się ponad miarę czasowo-przyzwoitościową.

Czytam.

Chodzę z psem na spacer.

Myję lodówkę.

Układam ciuchy w szafie.

Układam gazety na półce.

Podlewam kwiatki.

Przeglądam neta w pilnym poszukiwaniu nowej tapety na pulpit.

Oglądam na YT (upss nic nie oglądam na YT :P )

Zastanawiam się nad wielowymiarowością mordki: :P

Myślę "Co by tu sobie zjeść?"

Co jakieś pół godziny kłaniam się lodówce.

Wybieram najlepszy długopis do pisania notatek, biorąc pod uwagę wiele możliwości.

Rysuję "motylki w ciąży".

Zakładam bloga...

Pozdrawiam,

KuraKrystyna

 

 

 

 
1 , 2
Zakładki:
Blogi :)

Mój mail:
kurakrystyna@gazeta.pl

Statystyki: